czwartek, 21 lutego 2013

Asseco Resovia Rzeszów - ZAKSA Kędzierzyn-Koźle


Pierwszy mecz, na który odważyłam się pojechać, odbył się 19-go października o godzinie 20:15 w Kędzierzynie-Koźlu. Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj, bo w końcu przyszło mi zobaczyć moją ukochaną drużynę. Na kilka dni przed meczem wchodziłam co chwilę na Internet w telefonie by tylko sprawdzić czy pojawiły się bilety. Prawdopodobnie więcej pieniędzy poszło mi na sprawdzanie dostępności biletów niż samo ich kupno :D Niestety, nie pojechałam w barwach, bo tato obawiał się, że ktoś mógłby mi coś zrobić - pomylił kibiców siatkówki z niektórymi kibicami piłki nożnej (;
Razem z rodzicami i moimi dwoma Skrzatami - Dominiką i Magdą, pojechaliśmy do KK. Dojechaliśmy około 30 minut przed meczem. Byłam tak rozemocjonowana, że nic nie pamiętałam z drogi i kiedy jechałam na halę po raz drugi, zdziwiłam się, że jechaliśmy drogą, która prowadziła przez coś w stylu lasu :D

Z samego meczu niewiele pamiętam, prawdopodobnie z nadmiaru emocji. Kiedy Soviacy weszli na halę zdrętwiałam. Po prostu patrzyłam się na nich wzrokiem dumnej matki i nie mogłam wydać z siebie żadnego odgłosu ;) 
W końcu zawodnicy zaczęli się rozgrzewać. Oczywiście mój wzrok przyciągali tylko i wyłącznie gracze z Rzeszowa. Na prawdę zabawnie było zobaczyć Krzyśka Ignaczaka na ataku :D 
Niestety, miałam 'przyjemność' siedzieć obok bardzo niemiłych kibiców ZAKSY. Byli to młodzi chłopcy, trochę starsi ode mnie. Kiedy zobaczyli Resoviacką bransoletkę na moim nadgarstku zaczęły się głupie odzywki typu 'Jakbym kibicował Resovii to też bym się wstydził'. W trakcie meczu także nie było zbyt miło. Trener Kowal poprosił kilka razu o sprawdzenie systemem challenge i po przyznaniu jednak punktu Rzeszowianom mówili: "Nie potrafią zdobyć punktu to biorą challenge", co jest kompletną bzdurą. Ile to razy usłyszałam tam wyzwiska w stronię zawodników z Rzeszowa, aż uszy więdły. Najbardziej oberwało się Zbyszkowi. Kiedy zdenerwował się po kilku nieudanych akcjach, przestało mu wychodzić. Panowie obok zaczęli dziękować ZB9, że im pomaga wygrać. 
Na szczęście wygraliśmy pierwszego seta, niezmiernie się cieszyłam się z tego powodu! Nabrałam pewności siebie i zaczęłam odpowiadać na zaczepki chłopaków, aż w końcu się przymknęli.
Później przyszedł czas rozpaczy - Resoviacy przegrali trzy kolejne sety i mecz skończył się stosunkiem 3:1. Z trybun schodziłam ze łzami w oczach, krzycząc "Resovio, nic się nie stało". Usłyszał to Igła i uśmiechnął się smutno w moją stronę. Poszłam po autografy do zawodników ZAKSY. Pierwszą kartkę podałam Marcinowi Możdżonkowi. Nie zwróciłam nawet uwagi, że podałam ją ręką, na której miałam bransoletkę Resovii. Ten spojrzał na nią, następnie na nią, ponownie na bransoletkę i poszedł dalej. Miło mi nie było/ Zebrałam kilka podpisów i zaczęłam się stamtąd wycofywać. Zobaczyłam, że niedaleko stoi jeden ze środkowych Resovii - Grzesiek Kosok. Od razu ruszyłam w tamtą stronę, ponieważ chciałam zdobyć od niego autograf. Zobaczył to jeden z ochroniarzy i odciągnął mnie stamtąd. Do tej pory nie mogę przeboleć tego, że nie zdobyłam autografu Kosy.
Podsumowując - przykro mi było, że pierwszy mecz Soviaków, na którym byłam, był meczem przegranym, ale z drugiej strony ogromnie się cieszę, że w końcu ich zobaczyłam na własne oczy ;)

Do następnego napisania! Marta.

1 komentarz:

  1. To był też mój pierwszy mecz! ;) taki w ramach prezentu urodzinowego, co przerodziło się w wyjazdy prawie na każde spotkanie :D
    Jak zobaczyłam Resoviaków nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić xd
    Po pierwszym secie, przeniosłam się z swojego miejsca koło klubu kibica Resovii i tam spędziłam prawie całe spotkanie, choć prowadzący klubu jakoś dziwnie się na mnie patrzył (?)
    a po za tym to było świetnie ;)
    myślę, że też napiszę z tego pamiętnego meczu relację ;p

    OdpowiedzUsuń